Ile masz czasu? Tak ogólnie. Średnio – 24 godziny na dobę. To dosyć mało – prawda?
W pierwszym akapicie załatwię wszystkie banały i coachowskie standardy: balans organizmu można uzyskać dzieląc 24h na trzy równe części: 8h snu, 8h pracy i 8h odpoczynku. No tak – może i pracujemy po 8h, ale do tej pracy trzeba jeszcze dojechać, a później wrócić to wychodzi ok. +1h. Rano trzeba się do roboty przygotować – to będzie od 0,25 do 1h (w zależności od upodobań estetycznych). W sumie ablucje poranne i wieczorne można spokojnie policzyć jako 1,5h dziennie. Organizacja ogniska domowego – w przypadku dorosłych – obejmująca zakupy, płacenie rachunków, dbanie o dom, sprzątanie, pranie i gotowanie też zajmie średnio 1h dziennie (przy dobrych wiatrach, ale skoro jestem też coachem, to wolno mi być nadmiernie optymistyczną). Wychodzi z tej codziennej matematyki, że skądś trzeba wysupłać 4-5h na plusie.
Dalej wariant będzie się zmieniał w zależności od etapu życiowego. Rodzina pożera czas: dodatkowy język angielski 2x w tygodniu, karate albo skrzypce (czasem oba!) to ok 4-5h spędzonych w aucie na dojazdach i na aktywnościach dodatkowych.
Skąd wziąć ten czas? No, to proste. Trzeba rozszerzyć dobę. Nie ma innej opcji.
Kiedy jesteś dorosły:
Zazwyczaj zabieramy średnio 2h z czasu przeznaczonego na sen i cały pakiet godzin przeznaczonych na odpoczynek. Uczymy się odpoczywać inaczej: zamiast czytać książkę – słuchamy audiobookoów w samochodzie. Decydujemy, że lubimy aktywny odpoczynek i opowiadamy wszystkim, że odpoczywamy sprzątając, albo, że lubimy gotować, a zakupy w Lidlu to taki „czas dla nas”. Po sprawie. Jest balans.
Kiedy jesteś dzieckiem:
Ale jak to: „czas dla mnie”? – spyta przedszkolak szeroko otwierając oczy ze zdziwienia.
Dzieci wstają rano. Przynajmniej moje. Budzą się zazwyczaj na sekundy przed budzikiem. Przyuczone represyjnie do domowej rutyny pomagają w porannych czynnościach, karmią kota, ubierają się i zasiadają do swojej porannej bajki – ze zmiennym zaangażowaniem. Przez godzinę, półtorej słyszą, że bajka a i owszem, ale dopiero jak umyją zęby, uczeszą się i ubiorą. Potem muszą przerwać zabawę vel bajkę właśnie i w tempie narzuconym przez rodzica ubrać buty, kurteczki, czapki, szaliki. Popędzane, bo przecież mamusia zaraz spóźni się do pracy, przebierają małymi nóżkami do samochodu. W przedszkolnej szatni następuje podobna wymiana uprzejmości budowana w całości wokół frazy „szybciej” i już. Już dzieci wchodzą do sali a rodzic może w spokoju, swoim tempem, pędzić dalej.
Przez 8h przedszkola dzieci dostosowują się do narzuconej im dyscypliny i relacji w grupie. Idą na kompromisy (bardziej lub mniej). Czasem w akcie desperacji idą w ekspresję emocji pięścią i stawia się je w kącie albo wysyła na krzesełko. Take your pick. Mija 16 i rodzice zaczynają kapać po odbiór dzieci. Przeciętny przedszkolak spędza w placówce ok 9-10 godzin dziennie. 10 godzin dziennie?! Wyobrażacie sobie siedzieć w robocie 10 godzin dziennie? Nawet z przerwami na obiad, leżakowanie i zajęcia ruchowe? To jednak 10 godzin dostosowywania się do innych. Męczące.
A po tych 10 godzinach dzieci pakuje się znów do samochodu i wiezie na angielski (15 minut w aucie, 45 minut na lekcji). OK – nauka przez zabawę, piosenki, rysunki. Ale jednak muszą się nauczyć, siedzieć grzecznie i słuchać pani. Skakać wtedy, kiedy trzeba i kolorować tak, jak pani każe. Czad. Po lekcji ok 20 minut na dojazd do domu. Która to już godzina? 17? 17:30?
Maluch musi coś zjeść (siedź przy stole, nie wierć się, pójdziesz się bawić jak zjesz, wypij wodę do obiadku, zjedz warzywka, jeszcze troszkę kaszy). Kiedy w końcu ma czas dla siebie jest 18:00. Co wybrać? Klocki, które z nudów ułożył już kilka razy w przedszkolu? Rysowanie, które robił dziś już 5 razy? Lalkę, której nawet nie chce się wyciągać? Bajkę, przy której będzie mógł wyłożyć się na kanapie i przez godzinę nic nie robić? Pewnie, że bajkę. Nie ma, że czytamy razem książeczkę. Mama musi posprzątać, włączyć pranie, takie tam.
Przychodzi 19 – koniec zabawy. Do wanny. Godzinę trwa cały cykl od wydania dyspozycji do wpakowania przedszkolaka do łóżka. Bajka, piosenki na dobranoc i spać. Przynajmniej tego czasu na sen nikt maluchom nie zabiera.
Dlaczego mamy tak mało czasu?
Bo nas do tego przyuczono. Od przedszkola. Mikołaj Marcela w swojej najnowszej książce Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku? Wszystko co możesz zrobić, żeby edukacja miała sens zwraca uwagę na czas. Generalnie autor zwraca uwagę na wiele aspektów konstruowania edukacji jako systemu przyuczającego nas do koprpo-życia, ale ten czas, który zabiera się dzieciom wydaje mi się najbardziej interesujący (na razie).
Rozmawiałam ostatnio z koleżankami o wyborze podstawówki. Bo córka moja ma już lat 6 i we wrześniu 2021 pójdzie do 1 klasy. No, ale może powinna iść rok wcześniej? Bo taka ogarnięta? A zerówka? W przedszkolu czy w szkole? Tak po plebejsku dziecko puścić do starszaków? A nie do zerówki właśnie w prywatnej placówce? Edukacja z pasją i takie tam? Koleżanka mi pisze, że to bez sensu. Że zdolne dziecko i tak da sobie radę, ale nie chodzi chyba o to, żeby skracać maluchom ważny etap. Bez względu na to jak świetna byłaby szkoła – szkoła to szkoła. Beztroska przedszkola nigdy już nie wróci – znów ten czas – i to czas dziecka oraz rodzica! Zadania domowe, czytanie, pisanie. Świetlica to też nie spokojna sala zabaw. A musiałoby to dziecko siedzieć w świetlicy przecież. W porównaniu ze szkołą przedszkole jest super: zabawy, wyjścia, atrakcje. A w szkole? W szkole jest pani, ławka i 45 minut lekcji.
Ja bym dołożyła do tego jeszcze emocje. Co z tego, że dziecko byłoby formalnie gotowe do podjęcia nauki, jak emocje nie miały specjalnie czasu (sic!) rozwinąć się na tyle, by radzić sobie z presją zadań domowych, presją czasu przeznaczanego na zadania domowe. Kiedy w ogóle miałoby się uczyć? Przecież zostaje mu już ok. godziny dziennie na czas wolny – godziny, którą zeżarłyby szlaczki i elementarz.
Jaki więc przedział czasu serwuje nam szkoła?
Zajmuje, z przygotowaniem i dojazdem czas średnio od 7:00 do 15:00. Lekcje w domu – 1,5h. Korepetycje i zajęcia dodatkowe – z dojazdami średnio 1h dziennie (rozumiem, że nie ma tych zajęć codziennie, ale jeśli są 2x w tygodniu a dojazd w obie strony zajmie godzinę to już są 4 godziny – a bywa, że zajęć jest więcej). 10,5h zajmuje więc nauka. Sen zajmuje młodym ludziom ciągle między 7 a 8 godzin. Ile zostaje na regenerację sił? 5,5h? No tak, ale jest jeszcze potrzebny czas na „posprzątaj swój pokój”, „roznieś czyste pranie do szafek”, „proszę do stołu”, „idź się wykąpać”. I nagle z tych 5,5 godziny zostaną jakieś 2-3 godziny czasu wolnego. Fajnie!
W przedszkolu jest chyba gorzej, bo można być w nim wcześniej i odbierać dzieci później. 10h w samej placówce + ok 1h dziennie na zajęcia dodatkowe (niektórzy chodzą na angielski i karate, inni na angielski i skrzypce, jeszcze inni na karate i ściankę wspinaczkową. Jedne dzieci chodzą tylko na wspinaczkę, ale drugie mają WWR, logopedę i rehabilitację. Czasem naukę pływania albo zajęcia umuzykalniające).Średnio 2h dziennie spędzają w samochodzie przemieszczając się między domem, przedszkolem i zajęciami dodatkowymi. W domu mają swoje obowiązki – 1h dziennie. Ile im zostaje? 10h, z czego przedszkolak blisko 9h przeznacza na sen. Wow. Ekstra. 1h dziennie na zabwę. Rewelacja!
Dorosły? Dorosły jest już wytrenowany. Wstaje o 6:30, o 8 już dawno dzieci w przedszkolu czy szkole a on w robocie. Wychodzi ok 16 i jedzie po dzieciaki. Potem ciśnie z nimi na język, piłkę, basen albo co-tam-jeszcze. Do domu zawija ok 19. Ogarnia stado. Dobrze, że Biedronka czynna do 22:00 a Tesco dowozi zakupy w większych miastach. Pranie, sprzątanie domu, prasowanie na rano, kolacja, kąpiel. O 23:00 (o ile nie później) ląduje w łóżku. Śpi średnio 6h dziennie.
No bez jaj. Tak się nie da.
Rewolucja!
Opowiem Wam rewolucyjną historię. Pewnego dnia, kiedy wróciłam z dziećmi do domu nadplanowo wcześniej (bo nie chcieli na angielski, a ja z kolei nie chciałam kopać się z koniem) zamówiliśmy sobie pizzę, którą zjedliśmy przed telewizorem oglądając Ninjago. Potem dzieci jeszcze chwilę kolorowały a ja wypiłam herbatę, poczytałam książkę, posmsowałam z koleżankami. Po 7 zrobiłam maluchom kąpiel z pianą, do której ochoczo wskoczyły. Bawili się tam z 20 minut. Wyszli sami, bo już nie chcieli dłużej. Ubrali piżamki. Weszli do mojego łóżka i razem czytaliśmy jeszcze książeczki pół godziny, aż w końcu usnęli. A ja z nimi. Obudziłam się ok 2:00 nad ranem. Poszłam do łazienki, umyłam zęby, zmyłam makijaż, wskoczyłam w piżamę i wróciłam do spania. Rano wstaliśmy jak zawsze – minuty przed budzikiem. Wyspani, zadowoleni. Świat dalej się kręcił. Nic się nie stało, dlatego, że nie rozwiesiłam prania z pralki, nie zmyłam naczyń a w domu był bałagan jak nie wiem co.
Czyżbym namawiała do dyletanctwa, bumelki i nieróbstwa?
Nie odbierzcie tego źle – nie zachęcam opieprzania się. Zalecam jedynie rewizję priorytetów. Być może system, który nas wyćwiczył do rezygnacji z fizjologicznego podziału czasu na 3 części nauczył nas również nadmiernej dbałości o rzeczy dookoła nas? Nie wszystko powinno mieć równy priorytet. Najwyższy powinien mieć nasz czas. Szeroko pojęty dobrobyt. A reszta?
Resztę polecam podzielić na 2 kategorie: rzeczy, które muszę robić i rzeczy, które chcę robić. Gwarantuję Wam, że samo sporządzenie takich list przyniesie rewizję priorytetów. Podobnie jak lektura książki mojego kolegi, Mikołaja Marceli. Enjoy.
Pozdrawiam,
O.


Skomentuj