Kiedy po raz kolejny próbuję zasnąć w 2 minuty, zanim w nosie znów się nazbiera i będę musiała zacząć trąbić na cały blok – zastanawiam się. Jak to możliwe, że kolejny raz jestem przeziębiona?
Czy to jest ciągle jedno wielkie przeziębienie ciągnące się w moim życiu jak sinusoida – z okresami remisji i wznowy? Czy może moja odporność leży i kwiczy jak pokonany bokser wagi piórkowej przyciśnięty przez wojownika sumo? A może to są objawy somatyczne?
Będąc na L4 i chorując sobie spokojnie na koszt państwa przypomniał mi się cytat, że gdyby ludzkość wiedziała, jak to się skończy, to zabiliby tego pierwszego człowieka z katarem. Potem włączam Netflixa i oglądam pierwszy odcinek V Wars, gdzie globalne ocieplenie odmroziło prehistoryczny wirus objawiający się u głównego bohatera ni mniej, ni więcej jak właśnie męskie przeziębieniem. Chwilę później czytam, że koronowirus. Że prawdopodobnie wyciekł z laboratorium. Inni mówią, że to wszystko sabotaż i polityka międzynarodowa, a ja widzę w tym ziarno sensu, bo przecież już nawet w pracy dziewczyny mówią, że nie będziemy teraz zamawiać Chińskiego szajsu z Aliexpress. I tak jak jestem w stanie przyjąć, że epidemia w Chinach (i na pojedynczych, światowych lotniskach) to kwestia wytwórcza, tak w przypadku zwykłego przeziębienia wydaje mi się, że to kwestia głupoty.
Cytatu, o którym wspominałam na początku, szukałam też w nieautoryzowanej biografii głupoty właśnie. Bo przecież wydało mi się to takie logiczne. Nie znalazłam. Sprawdziłam więc książki neurologiczne – o mózgu. Szukałam w tej o ciele i zawierającej mądre odpowiedzi na idiotyczne pytania pacjentów, ale nie. Też nie. Koniec końców – zadzwoniłam do matki.
Przeziębienie, jak powszechnie wiadomo, to spadek odporności organizmu, a co za tym idzie otwarcie wrót vortexu na wszelkie wirusy i infekcje. To także wynik głupoty. Zwykłej, ludzkiej głupoty. Bo przecież przysłowia ludowe i mądrość gminna babć i ciotek nie mogą się mylić:
Frasunek zdrowia rabunek
Tak na wszelki wypadek przypomnę jakie mogą być negatywne skutki długotrwałego stresu: podwyższone ciśnienie tętnicze, wysokie stężenie lipidów i glukozy we krwi, kortyzol, który zabija komórki nerwowe w hipokampie (mózg szybciej się starzeje, częściej coś zapominamy), osłabienie układu odpornościowego.
Tłumacząc na polski:
Kiedy rośnie nam ciśnienie tętnicze możemy dostać udaru, wylewu krwi do mózgu – pęknie nam przysłowiowa żyłka. Lipidy i glukoza we krwi powodują zawał. Kortyzol, który uszkadza komórki nerwowe daje efekt pamięci rybki welonki – zapominamy o umówionej wizycie u kosmetyczki albo o wzięciu ważnego raportu do pracy. Osłabiony układ nerwowy w zderzeniu z przeciętnym wirusem łamie się jak brzoza na wietrze i bach – przeziębienie zwala nas z nóg.
Kiedy czymś się martwimy to nie zawsze są to zagrażające życiu wybuchy złości, od których lądujemy w szpitalu. Bywa tak, że nie śpimy pół nocy martwiąc się co powie szef albo jak znajomi na coś zareagują. Myślimy do rana o tym, co czeka nas w pracy. A prawda jest taka że deprywacja snu daje taki sam efekt, jakbyśmy poszli do roboty lekko wstawieni. I to nie podchmieleni na wesoło. Funkcje poznawcze są wtedy po prostu na poziomie minimalnym. Jesteśmy niedokładni. Pomijamy detale, zapominamy o ważnych rzeczach.
Ciało jest maską duszy
Miałam kiedyś pacjentkę, która dostawała plam na skórze, kiedy mówiła o swojej „przyjaciółce”. Kiedy zmieniałyśmy temat – skóra wracała do stanu wyjściowego. Ale nie, przecież relacje z koleżanką nie są dla niej źródłem stresu.
Inny przykład – dość powszechny. Kiedy coś nas zawstydzi robi nam się na policzkach zespół pieśni i tańca. Ciężko to ukryć. Ale nadal będziemy uparcie twierdzić, że problem w ogóle nas nie obchodzi.
I te słynne przykłady biegunki z nerwów albo wymiotów przed ważnym egzaminem, omdleń na wieść o czymś strasznym albo wypadków samochodowych spowodowanych myśleniem o czymś bardzo dla nas absorbującym. Ale przecież wszystko to mamy pod kontrolą. Jesteśmy dorośli i nie dajemy się ponieść emocjom.
No dajemy. Pozwalamy im hulać po organizmie bez żadnych konsekwencji. Nieprzyzwyczajeni do mówienia o emocjach wolimy je upychać po kątach niż wziąć w ryzy. Bo przecież od emocji się nie choruje. No bez żartów.
Emocje są trochę jak przedszkolak. Jak mu się pozwoli robić co chce to będzie oglądać telewizję pół dnia, a drugie pół będzie opychał się słodyczami. A potem na spidzie cukrowym rozwali pół salonu i zrobi scenę o absolutnie wszystkie drobnostki. Nie będzie chciał się kąpać a w szale furii podbije matce oko. Bo nie pozwoli mu zjeść gumowej kaczki.
Emocje, jeśli zostawione same sobie, nakręcą się do maksimum a potem, jak wypuszczone z dziczy, dostaną nomen omen do głowy.
I rozwalą nam odporność. Albo układ krążenia. Albo nerwowy. Pojawią się pokrzywki na tle nerwowym albo jakieś dziwne plamy na skórze. Dziury w pamięci i brak skupienia. Ale nie, przecież każdy od czasu do czasu tak ma. Więc w czy, problem?
Widzicie, jak przedszkolak przegnie, to za automatu się konotuje: trzeba coś z tym zrobic. Efekty niedociągnięć wychowawczych się materializują, można je dostrzec i wdrożyć jakieś działania naprawcze.
Z emocjami też tak jest. Muszą nas ściąć z nóg – przepracowanie, zamartwianie się, brak snu skomasują się w końcu w postaci przeziębienia stulecia, które zmusi nas do zwolnienia tempa. Chociaż na tydzień. Jeśli nie wdrożymy jakiejś nowej procedury na stałe to na stałe będziemy co jakiś czas wysyłani na przymusowe zwolnienia przez własny organizm.
Chyba nie chodzi jednak o to, żeby zatłuc pierwszego delikwenta z katarem, ale zrozumieć co do tego osłabienia organizmu doprowadziło. Nie można zatem robić tego, co śmiałek, który nie słucha babci i wybiega na dwór z mokrą głową zimą. Bo przecież spieszy się do pracy i te 10 minut ma przecież aż takie znaczenie. Albo nie śpi kolejną noc z rzędu, bo kilkadziesiąt złotych na koncie dodatku do pensji zrobi ogromną różnicę. Albo nie dojada, bo pacjenci są ważniejsi niż lekarz a klienci niż sprzedawca. A potem każdy z nich wylatuje z roboty, bo przecież ciągle choruje, a kiedy już jest nie pracuje zbyt efektywnie. Ale nie. Przecież to w ogóle nie robi żadnej różnicy. I wszyscy czasem chorują 😉
Pozdrawiam,
O.


Skomentuj