Wczoraj w Katowicach rozpoczął się Letni Ogród Teatralny. Byłam. Kolejka po bilety stała jak w PRL’u, ludzie koczowali tam dzień wcześniej z krzesełkami, śpiworami i termosami. A ja, aspirująca intelektualistka, przyjechałam równo z otwarciem kas licząc, że czym jak czym, ale teatrem to ludzie nie interesują się aż tak bardzo, żeby miało nie być już biletów (Zupełnie jakbym sama nie wpadła na pomysł wyjścia na spektakl w wykonaniu krakowskiej Bagateli – pierwszy raz od wielu, wielu lat).
Co tam się działo! Jak ci ludzie fantastycznie potrafią stać w kolejce!
Analityczni introwertycy przyjechali przygotowani. To oni mieli termosy i własne krzesełka. Trzymali się w swoich grupkach, nie wchodzili w interakcję z innymi. Ba, kiedy już weszli w podcienia GCK-u i zasiedli na swoich wędkarskich stołeczkach nie poruszali się niemal wcale. Trochę jak aligatory w zoo, które godzinami próbują zmusić Cię wzrokiem, byś jednak wszedł do ich terrarium – nawet nie drgną. Że żyją orientujesz się dopiero, gdy to ty wygrasz walkę na spojrzenia i gad mrugnie. Podobnie było wczoraj – pewna, dość liczna grupa ludzi była całkowicie poza mainstreemem.
Ekstrawertycy czekali na bilety zupełnie inaczej. Żarty sytuacyjne, rozmowy, gwar, humor, brak hamulców społecznych. Sprawozdania z całego tygodnia pracy. Jakby czerpali energię z przebywania w przestrzeni publicznej. Dla nich spektakl zaczął się zdecydowanie wcześniej i to oni byli gwiazdami. Trwało to dalej. To na nich skarżyła się koleżance pani z obsługi mówiąc, że „Spryciarze wynoszą nawet krzesła z galerii!”. Ekstrawertycy znajdowali alternatywne formy siedzenia, wspinali się na murki, oferowali, że pożyczą ci karimatę, żeby jeszcze wygodniej było na rzeczonym murku. Próbowali też siadać na schodach, ale kiedy organizatorzy ich przegonili potraktowali to jako osobisty afront i uciekli kraść wcześniej wspomniane krzesła z galerii. Byli też pierwsi w kolejce po piwo i wino.
Byli też tacy, których misją życiową było pilnowanie porządku publicznego. To typy, u których poczucie praworządności jest silniejsze niż biologiczny odruch oddychania. Zwracali uwagę wszystkim dookoła: że zasłaniają, że ustawianie krzesełka w tym miejscu jest niezgodne z przepisami BHP, skarżyli się na złą organizację przestrzeni. Utrzymani w poetyce malkontenctwa pewnie przez cały spektakl byli oburzeni blondynką, która ich zdaniem za głośno się śmiała (6 rzędów przed nimi).
Spektakl też wszyscy oglądali inaczej. Jedni w ciszy i skupieniu, uśmiechali się delikatnie, kiedy trupa aktorska dawała popis farsy w najlepszym wydaniu. Inni śmiali się w głos (ta pani siedząca przed malkontentami), jeszcze inni śmiali się z kimś – zawsze szukali kontaktu wzrokowego drugiego widza, do którego mogliby zagadać, skomentować, coś powiedzieć. Introwertycy przeżywali katusze, bo ścisk był ogromny. Ciągle ktoś się o nich ocierał, nie dało się siąść wygodnie i wszędzie wokół byli głośni ekstrawertycy, którzy przesadnie klaskali, gdy pojawiały się żarty o zabarwieniu lokalnym. Ekstrawertycy czuli się nieswojo, kiedy wszyscy wokół nich siedzieli cicho i nie zwracali na nich uwagi. Zaczynali się nerwowo kręcić, sprawdzać, czy aby nie rozmazał im się makijaż albo nie rozpruły spodnie na tyłku. Zdecydowanie brali to do siebie – jak również całą sztukę. Bo przecież nawet jeśli stali pod tylną ścianą to byli w centrum wszechświata – wiadomo.
Po spektaklu wrócili do domu. Introwertycy czekali grzecznie na swoją kolej, ekstrawertycy cofali spektakularnie między samochodami robiąc spontaniczny test łosia wieczorową porą. Wszyscy wrócili do domu zadowoleni (ekstrawertycy zdecydowanie później, bo oni dopiero się rozkręcili i potrzebowali zakończyć wieczór czymś mocniejszym).
Wprost nie mogę się doczekać, aż spotkam dzieci ich wszystkich na Letniej Grządce Teatralnej i zobaczę dokładnie to samo tylko w miniaturze
Pozdrawiam,
Olga
P.S.
Photo from Pixabay by Amber_Avalona.


Skomentuj