Netflix w jednej kategorii z czekoladą? To chyba nikogo nie dziwi. Zarówno platformę filmową jak i słodycze można realizować w systemie binge. Binge można watching albo eating, czyli napadowo i obsesyjne oglądać coś lub jeść do upadłego. Najlepiej oba na raz.
Teraz seriale ogląda się tylko ciągiem. Multum memów w Internecie pokazuje rozpacz i pustkę po końcu którejś z produkcji Netflixa. HBO kategoryzował jakiś czas temu swoją ofertę pod kątem końca Gry o tron („Obejrzyj, jeśli jesteś zrozpaczony po końcu Gry o Tron” czy „Obejrzyj, jeśli jesteś smutny po końcu Gry o Tron„). Czymś trzeba tę przestrzeń zapełnić – sięgamy więc po kolejny serial, który możemy obejrzeć w ciągu 2 dni i 2 nocy. Podobnie jest z czekoladą, chipsami, słodyczami, ogórkami czy co kto tam lubi napadowo wcinać do upadłego – mają nam coś zastąpić. Pytanie tylko co?
Swoich klientów pytam więc najpierw wprost: „Czego Ci w życiu brakuje?”. Burkną coś konwencjonalnego zazwyczaj w stylu „wolnego czasu” albo „pieniędzy”, po czym uśmiechają się niewinnie przekrzywiając głowę lekko na bok, jakby temat był banalny. Bo komu czegoś nie brakuje? Pieniędzy pewnie wszystkim. Każdej znanej mi matce brakuje wolnego czasu albo świętego spokoju. Nic za tymi odpowiedziami nie stoi. Tworzą świetną zasłonę dymną dla takich odpowiedzi jak: „seksu”, „poczucia własnej wartości”, „samokontroli”, „rozumu”, „silnej woli” czy „sumienia”. Wielkich dział nie wytacza się po dobroci.
Pytam więc dalej: „Na co czekasz każdego dnia?”. Wtedy patrzą na mnie zdziwieni i mówią: „Ale jak to, na co czekam? Nie czekam na nic. Po prostu sobie jestem. Z godziny na godzinę. O co Ci chodzi?” – po czym zapada niekomfortowe milczenie. Bo przez chwilę zawsze się wszystkim wydaje, że w ich życiu nie ma w takim razie nic ekscytującego.
Na nic przecież nie czekamy. A już na pewno ja nie czekam na nic. Może poza czekaniem na panią na kasie w Lidlu, która z pietyzmem drukuje paragon i traci cenne sekundy mojego życia na wyprodukowanie listy moich zakupów. Przecież wiem, co mam w siatkach! Wszędzie się spieszę. Wybiegam z domu zawsze kwadrans po czasie, wkurzam się na powolnych kierowców, którzy (o zgrozo!) jadą po prostu przepisowo („No jeeeeedź!” – krzyczę zdesperowana, choć nikt mnie nie usłyszy). Biegnę do pracy. Nerwowo spoglądam na zegarek – ile czasu zostało mi do końca zajęć albo sesji z klientem, organizuję sobie dzień, spotkania, myślę, co muszę jeszcze zrobić. Na okienku w pracy pędzę do tego nieszczęsnego Lidla (gdyby mi jeszcze płacono za kryptoreklamę!) po spożywkę, wracając dzwonię kontrolnie po rodzinie czy przyjaciołach, żeby nie zaniedbać towarzyskich kontaktów. Na światłach albo w korku nadrabiam korespondencję sms-ową (tudzież WhatsApp-ową) i biegnę dalej. Ledwo docieram do przedszkola. Trzeba z dziećmi szybko się zebrać, wyjść z szatni i znowu gdzieś pędzić coś im zorganizować, bo jak przez chwilę chociaż wszyscy staniemy i się zatrzymamy to razem z nami stanie chyba cała planeta. Wieczorem, kiedy dzieci usypiają włączam Netflixa albo HBO GO i nadrabiam seriale albo filmy jednocześnie pracując na laptopie albo sprzątając czy prasując. Nie ma pustych przebiegów. Na co więc mam czekać, skoro ledwo wyrabiam się z tym, co mam do zrobienia? Nagle orientuję się, że przysypiam przed oglądanym [po raz kolejny True Blood z nadgryzionym kabanosem w ręce – no nie. Tak nie może być. I wtedy idę do coacha.
Można to załatwić na dwa sposoby – drogą wsparcia, uważnego słuchania i zadawaniem mądrych pytań albo coachingiem prowokatywnym. Obie metody i tak zaprowadzą moich klientów do tego samego pytania: „Na co czekasz każdego dnia?”.
No, ale jak tu nie gnać? Jak nie gonić, skoro tyle jest do zrobienia, a kręgosłup ugina się pod ciężarem codziennych obowiązków? Nie zrozumcie mnie źle – jestem ogromną fanką obowiązkowości i oficjalnie drwię z mindfulness, ale coś jest w tej coraz bardziej popularnej ostatnio filozofii powolności.
Jestem chyba ostatnią, która będzie namawiać Was do uduchowionej kontemplacji jak kawa przelewa się przez filtr i jak majestatycznie napełnia filiżankę. Ekstrawersja nie idzie w parze z mistyczną refleksyjnością. No nie. Chodzenie na skróty nie jest przecież złe. Ale uważność na siebie samych to zupełnie inna kategoria i to już rekomenduję z pełnym psychologiczno-coachowskim PR’em.
Nie lubimy spędzać czasu sami ze sobą. Mierzenie się z własnymi słabościami czy trudnościami nie jest promowane przez kulturę hygge friendly. Słuchanie o problemach innych, kiedy ma się dość własnych to też nie brzmi jak mindfulness jak z magazynu. Łatwo nie jest. Ani przyjemnie. Fajnie też na pewno nie. Ale ta obsesyjna, kompulsyjna wręcz potrzeba, by obejrzeć kolejny odcinek i zjeść kolejną kostkę czekolady bierze się właśnie z potrzeby przyjemności. Bo brakuje nam właśnie przyjemności czerpanej z bycia tu i teraz a najlepiej z kimś.
Mylnie założyliśmy jakiś czas temu, globalnie, jako cywilizacja, że trzeba wyjechać na odludzie, żeby odnaleźć siebie w świecie zagonionych i powierzchownych relacji. Moim zdaniem to błąd. Przestajemy istnieć w relacji, robimy z psychologów prostytutki przyjaźni, wierzymy w internetową ułudę idealnego #instaliving. Nie znamy własnej rzeczywistości. Bo jest trudna i zajmuje więcej czasu niż 40-minutowy odcinek nowej wersji Dynastii. No i ma gorsze wnętrza.
Mindfulness na dziś to zatem nie „wymień jak najwięcej dźwięków, które słyszysz w minutę” albo „opisz fakturę dywanu na swojej stopie”. Coachowskie zadanie dla Was na dziś to odpowiedzieć sobie na pytanie „Na co czekasz każdego dnia?”. A przy okazji sprawdzić co dzieci dzisiaj robiły w przedszkolu, co żona dodała do tego koktajlu (bo z żonami to nigdy nie wiadomo i zawsze warto sprawdzić) albo jak komuś innemu mija dzień. I nie przyjmuj odpowiedzi „a dobrze” czy „jakoś” tylko zadaj jeszcze kilka dodatkowych pytań: dwa otwarte i trzy zamknięte. Do dzieła. Przetestuj swoją rzeczywistość.
Tak, teraz. Nie bez powodu lato to serialowa pustynia a czekolada topi się w olimpijskim tempie. Przyznaję, że spece od telewizyjnego uzależnienia sprytnie to sobie wykombinowali. Wakacyjna przerwa w dostawie towaru jest trochę za krótka by wyjść z nałogu. Ale może wasze życie wciągnie was bardziej? Gdybyście potrzebowali o tym pogadać, to oczywiście zapraszam do siebie. Możemy też pójść na spacer i zrobić coaching nad jeziorem. Takie rzeczy tylko w Silesia Coaching.
Pozdrawiam,
Olga
P.S. Photo from Pixabay by mohamed_hassan.


Skomentuj