Dlaczego ludzie nie lubią coachów

Coaching ma bardzo złą renomę. Trochę jestem w stanie to zrozumieć. Kiedy widzę w ofertach „coaching włosów” wiem, że to spore nadużycie i psucie rynku. Coaching kojarzy się bardziej z poradami z Bravo i naiwnym przekonaniem, że wystarczy chcieć, żeby niebiosa obsypały nas darami, niż z jakąkolwiek rzeczową psychologią. O wiedzy czy naukowości nie wspominając.

Dla porządku: coaching jest trudny. To proces, za który coach w pełni odpowiada, i choć nie odpowiadamy za efekty (te zależą już od klienta), to wcale nie siedzimy na sesjach z kubkiem hipsterskiej sojowej latte w ręku i nie namawiamy ludzi na ezotyryczny wegetarianizm. Pracujemy. Prowadzenie klienta przez zakamarki jego własnej psychiki do łatwych nie należy. To odpowiedzialne zajęcie, które bez rzetelnej wiedzy psychologicznej i coachingowej nie może się udać.

Czytałam ostatnio książkę Gryżewskiego Sztuka obsługi penisa – rzeczowa lektura o facetach, związkach, seksie i seksualności. Pan autor jednakowoż na coaching pomstuje dość często – że coachowie to ślizgają się (sic!) po powierzchni (bo wiadomo, jak już gadamy o penisach to trzeba głębokich rozważań), że budujemy fałszywe przekonanie „chcieć to móc” i później taki delikwent z problemami z erekcją (dajmy na to stateczny sześćdziesięciolatek, co to bardzo by chciał, ale biologia robi swoje) myśli, że on to chyba za słabo chce. I ten cały coaching to co on sobą w ogóle reprezentuje, skoro w zasadzie to tylko jakiś kurs online wystarczy, żeby być coachem (zupełnie jak do udzielania ślubów w amerykańskich filmach). Co ciekawe, zaledwie kilka akapitów później, opisując swoje metody pracy, pan Gryżewski mówi o tych samych narzędziach, którymi ja pracuję na co dzień. Też korzysta z Racjonalnej Terapii Zachowań, z ćwiczeń, które i ja robię. A mimo to, jako seksuolog i psychoterapeuta o coachingu wypowiada się dość pejoratywnie.

Osobiście uważam, że wynika to z niewiedzy. No to rozwiejmy więc wątpliwości:

Jak wygląda coaching?

Na początku określam z klientem po co do mnie przyszedł, jaki jest jego cel i czego oczekuje po coachingu. Tłumaczę mu na jakich zasadach się spotykamy i słucham, czego klient potrzebuje, by czuć się na sesji komfortowo.

Następnie przechodzimy do działania. Klient mówi – ja dopytuję. Klient dociera do muru, więc ja go aktywizuję, robię różne ćwiczenia. Kiedy napotykam opór przechodzę do coachingu prowokatywnego, metody wyrosłej z terapii prowokatywnej Franka Farelly’ego (hard stuff). Kiedy widzę, że docieramy do tego wrażliwego tematu, który steruje wszystkim – wchodzę głębiej, drążę bardziej, dopytuję bardziej natarczywie. Czasem nie jest przyjemnie, bo coaching to w końcu nie herbatka z koleżanką. Ludzie dowiadują się o sobie kluczowych rzeczy – choć ja nie mówię im tego wprost. Wszędzie muszą dotrzeć sami. To jest life-coaching.

Coaching dla firm jest zupełnie inny. Tam dostajemy zlecenie na konkretne zadanie: poprawę komunikacji w zespole. Robimy ćwiczenia, mieszamy, popychamy ludzi do krawędzi, tłumaczymy, uczymy. W sumie to takie jakby szkolenie, ale aktywne i utkane na psychologicznych mechanizmach.

Coachingów może być sporo: coaching diety (pracujemy nad zaburzeniami odżywiania), coaching par (dla par po przejściach, z problemami, z bagażem), coaching dermatologiczny (radzenie sobie z somatycznymi objawami, układanie życia na nowo z nieuleczalnymi chorobami skóry), coaching kariery (co ja w ogóle chcę w życiu robić).

Coach wcale nie zarabia kokosów. Żeby tak było trzeba być nie tylko coachem, ale też świetnym przedsiębiorcą. Mieć dużo czasu na promocję, reklamę, dotarcie do klienta docelowego, wyrobienie sobie marki. Ale psychologowie-diagności czy psychoterapeuci myślą ciągle, że coaching to takie tam nic wielkiego.

Może i jest to mała gałąź psychologii, ale potrafi zrobić wielkie rzeczy.

Coaching jest mniej formalny niż psychoterapia. Nie ma tak sztywnych ram, które zamykałyby go w gabinecie. Można wyjść z nim wszędzie – do sali szkoleniowej, do kawiarni, do czyjegoś salonu. Nieformalność coachingu sprawia, że bliżej mu do rozmowy i współpracy niż sztywnych ról terapeuty czy diagnosty i pacjenta. Ja cenię tę elastyczność, bo pozwala mi łatwiej dopasować się do potrzeb klienta. Często też z tego względu klienci w ogóle decydują się na coaching – jest to mniej sformalizowane niż wizyta u psychologa, nie ma znamion terapii, jest nastawiona na rozwój, nie na leczenie zaburzeń. To sprawia, że coaching jest lżejszy. I może dlatego tak ciężko niektórym potraktować go poważnie. Dla terapeuty, psychologa wejść w buty coacha byłoby odnaukowieniem dyscypliny. Dla coacha zamiana też byłaby trudna, bo coaching jest krótkodystansowy. Najprościej chyba zaakceptować, że to po prostu dwa różne obszary. Agree to disagree.

Jeśli masz jeszcze jakieś pytania dotyczące mojej pracy  – napisz do mnie maila (oknapek@autograf.pl) albo skontaktuj się przez formularz kontaktowy w zakładce kontakt. Chętnie odpowiem na wszelkie wątpliwości dotyczące coachingu. A najlepiej zapisz się na pierwszą sesję i sprawdź sam/sama.

Pozdrawiam,

Olga

P.S. Photo from Pixabay by StockSnap.


Discover more from Na szlaku. Terapia i rozwój

Subscribe to get the latest posts sent to your email.

Skomentuj

Odkryj więcej z Na szlaku. Terapia i rozwój

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej