Ludzie nie wierzą w swoje możliwości. Nie wszyscy, ale znacząca większość myśli, że nie jest w stanie osiągnąć tego, co chce. I to jest najgorsze, bo obniżają się wtedy oczekiwania względem własnego życia. Celujemy w gorszą pracę (której szczerze nie znosimy do końca kariery zawodowej), czasem w mniej atrakcyjnego partnera czy partnerkę, rezygnujemy z marzeń czy realizacji swoich pasji. Nie chcemy być najwięksi, najlepsi z danej branży. Wolimy chcieć być średni.
Bo jak będę chciał zostać średniakiem to nigdy nie usłyszę, że jestem za mały, by być starszakiem – prawda? To taki bufor bezpieczeństwa. Program ratowania twarzy, gdyby przypadkiem ktoś mi miał wytknąć że gdzieś, w jakimś obszarze jestem za mało – za mało bystry, za mało inteligentny, za mało pracowity, za mało sprytny czy choćby, że mam za mało szczęścia w życiu.
Jasne, można się w ten sposób ubezpieczać przed spektakularnym fiaskiem i niektórym takie podejście daje poczucie bezpieczeństwa. Bo mierzenie wysoko wiąże się zawsze z wysokimi kosztami. Nie mówię tu o kosztach finansowych (choć nierzadko i takie wchodzą w grę).
Pierwsze ograniczenie, z którym musimy się zmierzyć przy realizacji wysoko zakrojonych celów to akceptacja tych kosztów, które przed nami stają. Czasem kosztem będzie utrata stabilizacji, innym razem możliwość porażki, ocena innych ludzi, zmiana relacji rodzinnych albo destabilizacja życia. Innym razem koszty będą dość realne: kredyt, pożyczka, raty, partner biznesowy, kompromis między moją wizją a wizją sponsora… wyliczać można w nieskończoność. Jeśli jesteśmy gotowi zmierzyć się z tymi następstwami i widzimy, że w perspektywie zyski ze zmiany i tak są o wiele większe – bilans powinien zadziałać dodatnio na motywację. Czemu więc mimo rozliczeń ze samym sobą nadal nie jesteśmy skłonni do działania?
To, co nas powstrzymuje to często konieczność natychmiastowego poniesienia wspomnianych już wielokrotnie kosztów i długi czas oczekiwania na rezultaty – a co się z tym wiąże niepewność, obawa o efekty lub czy w ogóle jakieś się pojawią. Nikt mi przecież nie zagwarantuje, że jak zgłoszę się do Voice of Poland to rok później moje piosenki będą we wszystkich stacjach radiowych a ja będę taplać się w cieplutkim kontrakcie płytowym. Bo przecież dlaczego miałoby się udać akurat mnie?
Znów wracamy więc do punktu pierwszego – nie wierzę w siebie. Praca powinna zostać zatem wykonana w obszarze samooceny, nie zaś w strefie motywacji do działania. Amerykanom przykładowo udaje się to lepiej. Oni potrafią wierzyć w siebie bardziej niż wierzy w nich obiektywny obserwator National Geographic. To społeczeństwo które od pierwszych chwil na nowym kontynencie zdecydowało, że będą raczej pionierami i zdobywcami a nie wyrzutkami i czarnymi owcami angielskiej ziemi. Przez długą podróż ze starego kontynentu do Plymouth Rock zrobili sobie kurs coachingu i zdecydowali się na zmianę podstawowych paradygmatów. Rozpoczął się amerykański sen, o którym dziś słyszymy na konwentach politycznych, z ust przywódców wolnego świata (no, może nie wszystkich…), z hollywoodzkich przemówień. Polacy nigdzie nie popłynęli, więc i podróż do własnych przekonań mają ciągle przed sobą. Ba, jesteśmy sporo w tyle, bo w dół ciągną nas ograniczenia historyczne. Niemniej jednak ta ciężka praca już się zapoczątkowała – w większych miastach, gdzie otwierają się kooperatywy czy tworzą się kawiarnie pełne alternatywnego jedzenia i napojów, o których wiejskie baby z kółek dziergania nigdy nie słyszały. I biznes przędzie. Widać to też w tym, jak konsumenci stawiają na inność, oryginalność – bo przesyt identycznymi meblami z Ikei zrobił lukę w rynku (ba, nawet Ikea wprowadza serie, które można modyfikować pod własny gust, limitowane edycje – żeby trochę ofertę zdynamizować), którą pewni siebie i wierzący w swoje możliwości młodzi ludzie wykorzystują. Tym urodzonym po ’89 jest chyba łatwiej – nie mają traumy skostniałego systemu, nie mają doświadczeń ograniczenia. Wręcz przeciwnie – są wspomnienia zachłyśnięcia się wolnością. To dodaje skrzydeł. Może kiedyś wszyscy na nich polecimy.
Bo jak na razie ciągle tylko decydujemy się na okazyjne skoki na paralotni. Na stronie Deloite jest ogólnodostępny raport o trendach HR na dany rok. Raport jest i lokalny, i globalny. W globalnym jest napisane co słychać w Google, co robią w Apple. Jak sobie radzą najlepsze firmy na świecie: co tam wymyślono nowego w Nike, jak dba o personel bank ten czy tamten. Setki inspirujących rozwiązań, które mogłyby niejedną firmę usprawnić. No, ale robi to potęga, więc jaki jest sens wprowadzania tego w małej, kilkuosobowej firmie na Podlasiu? Cóż… z takim podejściem – żaden. Google wcale nie ma lepszych specjalistów. Ma tylko ludzi, którzy mówią: zróbmy to. Z takiego raportu bierzemy jakąś ideę. Nie bierze się od nich instrukcji aplikacji. Ideę należy dopasować do swoich realiów i możliwości – staje się wtedy lepsza, bo możliwa do realizacji. I o tym jest ten drugi raport – HR w Polsce. Znajdziemy tam dokładnie to, co nas może zablokować. Że Polacy wolą to, a tamto w ogóle dla nich ważne nie jest. Że okej, inna rzecz jest super, ale to, co dla Szwedów było na pierwszym miejscu w skali wartości Polaków będzie na szóstym. To taka aktualizacja do idei, która po krótce mówi jak sprawy nie spieprzyć na wejściu. No i nadal… nie – nie róbmy tego. Bo co tam ten Deloite wie o małej firmie budowlanej ze Śląska?
Ciągle nie wiem, czy ludzie zrozumieją kiedyś co to jest inspiracja. Czy będą chcieli uczyć się od najlepszych. Nie będą zadowalać się półśrodkami. Wiem jednak, że byłam miesiąc temu na rozmowie kwalifikacyjnej na managera HR. Opowiadałam o tym jak Comarch promuje swoje środowisko pracy (a robi to dobrze), jak wypromowała się firma ochroniarska z NY, jak Google rozwiązał problemy z kreatynością w firmie. Pracy nie dostałam, bo moje pomysły były nieralne do przeprowadzenia w takiej małej firmie, do której aplikowałam. Moja wina. Know your audience – w końcu trzeba zawsze dostosować się do formy komunikacyjnej rozmówcy, a ja, ekstrawertyk do potęgi, poszłam na całość i poniosły mnie marzenia. Cóż, widać firma, która zatrudnia blisko 1,5 tys. pracowników nie ma wystarczającego ciągu w silnikach by moje marzenia unieść. Szkoda. W takim układzie firmy do 10-20 pracowników nie mają chyba żadnych szans na innowacje.
Zaoferowano mi za to inną pracę. Dyrektor oddziału mówił, że interesuje go wynik, a nie środki do celu. Jeśli wynik był dobry to i środki musiały być takie same. Opowiadał o marzeniach. O potęgach. Rzucał nazwiskami pionierów z branży i nie bał się naśladować większych i mądrzejszych od siebie. Może jednak mniejsze firmy też mają szansę na sukces – to tylko, jak widać, kwestia odpowiedniej osoby na wysokim stanowisku. I dobrego coachingu.
Pozdrawiam,
Olga
P.S. Photo by composita from Pixabay.


Skomentuj