Idzie jesień – idź na coaching

Jesień. Drzewa powoli zmieniają kolory. Ciężkie od letniej, zgniłej zieleni liście nagle robią się lżejsze, jakby bardziej żółte. Brązowe kasztanowce strząsają z siebie korony a za wycieraczkami w samochodzie coraz więcej roślinności leży sobie przytulnie taplając się w porannej rosie. Mgły na polach, sarny pasące się przy drodze – wszystko to jasno mówi, że czas upałów się kończy. Jego miejsce powoli zajmują chłodne poranki i coraz niższe, ostrzejsze trochę słońce, co to razi w oczy i zmienia kolory wszystkiego wokół na chłodniejsze. Wrzesień rozpanoszył się na dobre.

To idealny moment na coaching.

Dlaczego akurat jesień? Ach, to doprawdy ciekawe.

Powoli zbliżamy się do końca roku. Jeszcze niecałe cztery miesiące i znów przyjdzie ten niekomfortowy moment zmierzenia się z zeszłorocznymi postanowieniami noworocznymi. Jestem dziwnie pewna, że niewiele się w waszych życiach zmieniło odkąd powzieliście te wiekopomne decyzje. Ja przykładowo nadal ważę dokładnie tyle samo, włosów nie udało mi się zapuścić i ciągle, niezmiennie, mam w domu bałagan a na koncie debet. Czyżby zadziałała klątwa postanowień noworocznych? Jeśli bardzo czegoś nie chcesz – zrób z tego postanowienie – na pewno uda Ci się go nie dotrzymać? Nie…

Przymierzając się do wielkich zmian w naszym życiu celujemy najczęściej w kroki milowe. Schudnę 10 kilo i będę szczęśliwsza. Nic bardziej błędnego. Cel musi być bardzo dokładnie przemyślany. Inaczej nici z jego osiągnięcia. Weźmy przykładowo moje osobiste, wieczne niemalże, zmagania z wagą. Obrałam sobie taki cel: 10 kilogramów mniej. Wtedy z pewnością będę szczęśliwa. Piękna, wyprostowana jak nigdy, gibka, budząca podziw wszystkich wokół, dowartościowana i odnosząca same sukcesy. W szczęśliwym małżeństwie i realizująca się jako matka. Bo wiadomo, że za tym wszystkim stoi odpowiednia waga czy sylwetka. Prawda?

Wystarczyło jednak, bym wyobraziła sobie, że tak jest. Że osiągnęłam swój cel. W nocy nastąpiło disneyowskie czary mary i rano obudziłam się smukła niczym modelka. Jak wygląda mój dzień? Wstałam rano. To, że jestem gibka niczym trzcina nie zmieniło tego, że znów obudziłam się za późno i przeklinam w łazience na całą rodzinę pętającą się pod nogami. Ciuchy dalej jakoś źle leżą. Bo to nawet nie kwestia rozmiaru, co tego, że ja chyba kompletnie nie mam stylu. Albo kasy –  w sumie nieważne czy jedno czy drugie. Nadal do spódniczki kupionej spontanicznie na wyprzedaży nie pasuje bluzka, którą dostałam od ciotki. I zawsze będę źle wyglądać w koszulach bo zwyczajnie ich nie lubię. Ilość kilogramów tego nie zmieni. Ale okej, idźmy dalej.

To ile ważę nie ma wpływu na to, że znów jadę prawie 50 km do pracy i tracę kasę na benzynę dociskając gaz do dechy. Wpadam do pracy niewyspana, źle uczesana, w uplamionej kawą bluzce i tym razem, kiedy zdejmuję kurtkę nikt nie wzdycha z uznaniem na widok potężnego biustu. Bo przecież zmalał jak schudłam. I chyba trochę mi smutno.

Nadal mam te same myśli, które miewam każdego dnia. Bo kiedy siedzę w pracy jakoś nie myślę o swojej figurze tylko raczej o tym co robię ze swoim życiem i dokąd ono zmierza. I że kończy się kawa, a przecież to już kolejna.

Nadal tak samo szybko wybiegam z firmy i pędzę po dzieci. I znów odbieram je o 15:30 zamiast o godzinę wcześniej bo przecież zagadałam się w pracy. A tak daleko mam do domu. I marzę o przeprowadzce. A potem przejmuję się, że trzeba będzie zaraz cały dom spakować i kredyt spłacać za nowe mieszkanie. I co w ogóle na obiad? Czy córka nie ma przypadkiem temperatury? Jak ja z dwójką dzieci ogarnę Lidla, skoro nie mam w portfelu ani jednej monety do wózka (z którego nie rozbiegną się po sklepie w poszukiwaniu cukrów i węglowodanów w ilościach hurtowych).

A wieczorem, piękna, gibka, smukła i 10 kilo lżejsza padam równie zmęczona. Tak samo jak wczoraj niezadowolona z własnych błędów i słabości. Bo one nie są wynikiem wagi.

Nie mówię, że nie warto chudnąć – zawsze warto o siebie zadbać. Dlatego jeżdżę na siłownię i podskakuję na trampolinach. Próbuję jedynie pokazać, że za celem ogólnym kryje się kilka innych celów szczegółowych. Coach wspaniale po nich nawiguje i pomaga znaleźć ten, od którego najprościej albo najlepiej będzie nam zacząć.

A dlaczego akurat teraz ten coaching? Bo to praktyczne podejście. Właśnie skończył się wakacyjny szał. Nawet na mediach społecznościowych coraz mniej już plaż i palm, a coraz więcej #backtowork i #everydaylife. Dzieci idą do szkoły czy przedszkola a my wpadamy w codzienny wir obowiązków, rutynę, która sprzyja frustracji („Czemu moje życie tak wygląda? To już tak ma być zawsze?”). Jednocześnie ta sama rutyna sprzyja wprowadzaniu zmian, bo można łatwiej pilnować konsekwencji. Można obserwować, jak zmiana jednego elementu w systemie wpływa na całość układu.

A dodatkowo można u mnie, #mycoachOlga, dostać pierwszą sesję gratis. Tylko jesienią. Od września do końca listopada.

Pozdrawiam i zapraszam,

Olga

*Photo by Pexels from Pixabay

Discover more from Na szlaku. Terapia i rozwój

Subscribe to get the latest posts sent to your email.

Skomentuj

Odkryj więcej z Na szlaku. Terapia i rozwój

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej