Być dziewczyną wśród chłopaków

Wyrosłam poza dyskryminacją. Tata szanował mnie, mamę, siostrę jak nikogo innego na świecie. Kobiety puszcza zawsze przodem, daje im kwiaty, kiedy potrzeba. Dba by nie było nam za ciężko, troszczy się. Całe swoje życie podporządkował budowaniu dla nas bezpiecznego domu i stabilizacji. Jest w stanie przejechać kilkaset kilometrów, żeby pomóc mi przenieść walizki. Jak wychowana w takich warunkach mogłabym w ogóle podejrzewać, że kobiety traktuje się inaczej?

No, ale traktuje się nas inaczej. W zależności od środowiska – oczywiście. I nie ubliżając nikomu – mam wrażenie, że pani ze spożywczego na osiedlu ma jakby lepiej od pani inżynier w międzynarodowej firmie produkcyjnej, albo od pani profesor na wielkim uniwersytecie. Podając pomidory klientom obejmuje we władanie każdego, kto składa zamówienie. Bez znaczenia, czy podaje banany prezesowi czy zwykłej pani domu. Jest królową, rządzi.

W innych branżach nie ma tak łatwo. A już z pewnością nie w świecie zdominowanym przez facetów. Czytałam dziś w pociągu tekst Natalii De Barbaro Jak zostałam hepeatantką. Hepeat – dziwne słowo – pomyślałam. Jak się okazuje – od he i repeat (on i powtarzać). Autorka przytacza sytuację z jakiegoś szkolenia czy kongresu, kiedy sama zauważała wypowiadane treści tylko wtedy, gdy po kobiecie powtórzył je facet. Tak, tak właśnie jest – zgodziłam się w myślach. Często moje pomysły wychodzące z ust akademickich kolegów zjednywały sobie uznanie, podczas gdy samodzielnie wygłaszane przeze mnie zdania zbywano często śmiechem. No tak, on powtórzył – nastąpiła legitymizacja. Co za świat.

Ale przecież ja nie wierzę w dyskryminację. Mnie się nie dyskryminuje. Moich koleżanek też nie. One przesadzają! I tak nie mogą poświęcać tak dużo czasu na pracę, co chłopaki – bo dom, bo dzieci. To niech nie marudzą, że kolega awansował, nie one. Z nieba im nie spadnie, trzeba się narobić! A faceci nie mogą przecież siedzieć z dzieciakami – to o co chodzi? Są wtedy mniej męscy, bo nie będą przez to osiągać sukcesów. Ciągle słyszę przecież, że za dużo wymagam od swojego męża – żeby pranie rozwiesił, dzieci ogarnął. To niemęskie. Dyscyplinują mnie pokolenia wewnętrznych matek i babć. I koleżanki. Ale mnie ta dyskryminacja za cholerę nie dotyczy – myślę już solidnie wkurzona i idę na stronę z artykułu zrobić test wolnych skojarzeń (www.projectimplicit.net), gdzie naukowcy z Harvardu powiedzą mi zaraz jak bardzo sama jestem uprzedzona, jak mocno polegam na kulturze, w której żyję i jakie w zasadzie mam przekonania. Dobrze, że ktoś wie.

No dobra, ale do konkretu – co można z tym zrobić? Z tym, że kolega dostaje podwyżkę a my idziemy zrobić szefowi kolejną kawę. Że zatrudniają dziewczyny w krótkich spódniczkach, które śmieją się donośnie na korytarzu, kiedy panowie przejmują coraz bardziej odpowiedzialne projekty. Co zrobić w końcu z tym, że same czujemy się przez to gorsze, niepotrzebne, jak akcesoria w firmie – zamiast czuć się docenione za swoją robotę, lata studiów i dyplom takiego ot – inżyniera. Taki sam dyplom, jaki ma kolega – tylko z wyższą średnią.

Morza nie osuszymy. Walki z dyskryminacją pewnie nie wygramy. Marsze, protesty, deklaracje na fejsie – wszystko fajnie, ale gdzie namacalne efekty?

Jedyne na co mamy wpływ, realny wpływ, to jak będziemy o tym myśleć – taki ot, auto coaching. On dostaje awans, ja czuję się w związku z tym jak głupi śmieć, który nie zasłużył na nic więcej. Świetnie. To jest z pewnością przekonanie, które prowadzi nas do zdrowia, satysfakcji z życia, rozwoju osobistego i szeroko pojętej pełni. O dobrym humorze nie wspominając nawet. Dodatkowo jest to z całą pewnością obiektywny fakt, który możemy sprawdzić w jakichś naukowych badaniach. Nie? A to niespodzianka. Czas na zmianę tego przekonania. Proponuję zrobić sobie listę kilku myśli, które mogą pojawić się zamiast tych deprymujących, czarnych i depresyjnych, które spychają nas na dno Mariańskiego Rowu Rozpaczy. Przykład? Proszę bardzo:

  • Awans kolegi świadczy o jego ciężkiej pracy, nie o mojej porażce.
  • Być może to cały ten szowinizm, ale nie oznacza to, że jestem mniej ważna/mniej warta.
  • Nie muszę dostawać tego awansu już teraz.
  • Praca nie świadczy o całej mnie.
  • Awans kolegi nie stanowi o mojej wartości.
  • Dyskryminacja w miejscu pracy nie jest związana z moimi cechami osobistymi tylko z niekompetencją przełożonych.
  • Nie zawsze ciężka praca jest doceniana.

Nie jest przyjemnie opierać swoją równowagę psychiczną na takich przekonaniach, wiem. Ale na szybko są w stanie nas przywrócić do pionu – zanim podejmiemy walkę o równe traktowanie w miejscu pracy i z wysoko podniesioną głową pójdziemy do szefa spytać: Jak mogę pracować jeszcze lepiej, żebym  końcu dostała ten awans.

Pozdrawiam Was Dziewczyny!

O.

P.S.
Szukałam zdjęcia do artykułu. Pixabay stosuje niesamowicie uprzedzoną kategoryzację. A może to kultura ją stosuje, bo chyba autorzy sami tagują zdjęcia. Kombo kobieta i praca od razu daje obrazki eterycznych blogerek z kawą i laptopem. Ewentualnie ogrodnictwo. Businesswoman ma jedno zdjęcie – laptop i ołówek na różowym tle. O innych kombinacjach nawet nie wspominam –  większości tagów i tak facet na pierwszym planie. Wybrałam takie: by Free-Photos.


Discover more from Na szlaku. Terapia i rozwój

Subscribe to get the latest posts sent to your email.

Skomentuj

Odkryj więcej z Na szlaku. Terapia i rozwój

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej