„Wiesz w ogóle co to jest coaching, tato?” – spytałam podając ojcu swoją wizytówkę. „No, chodzi o rozwój, o trenowanie, ale dokładnie to nie wiem” – odpowiedział. W sumie miał rację. Coaching ma świetny PR. Mniej lub więcej (raczej mniej) każdy chyba wie, że coaching jest jakąś formą treningu.
A coach? Kim jest? Trenerem? Nie, no trener jest przecież na siłowni. Pokrzykuje złowrogo przez mikrofon, żeby brzuszki robić szybciej i biec jakby bardziej w prawo (swoją drogą nigdy się nie zasapie przy tym krzyczeniu – prawda?). Trener to ewentualnie osoba, która przychodzi do korpo i za grubą kasę robi jakiś wiec informacyjny o technikach sprzedaży, BHP czy molestowaniu seksualnym. Szkoleniowiec taki, ale z wyższej półki. No to kim jest w takim razie coach? Leser, bo do coachingu trzeba uczyć się mniej niż do psychologa, a kasy robi się więcej. Może tak, ja tam nie wiem – psychologii też się uczę, tak na wszelki wypadek, żeby być lepszym coachem.
Coaching to można sobie w zasadzie załatwić samemu. Kupuje się w Empiku magazyn typu „Coaching Extra” z 12 warsztatami rozwojowymi z zakresu midfulness i po kilku niezobowiązujących lekturach jest się już bardziej osadzonym w rzeczywistości, uważniejszym, w kochającym się związku, skutecznym w działaniu, wyszkolonym w sztuce kontemplacji i dbającym o siebie. Proste, prawda?
Tylko coaching, taki z prawdziwego zdarzenia (czyli u mnie przykładowo), działa trochę inaczej niż przepłacone warsztaty z yogi.
Są przede wszystkim trzy podstawowe typy klientów. Pierwszy typ to osoby, które przychodzą z konkretem, zdecydowane, same wiedzą po co im ten coaching. Samorozwój, przeprowadzka, lepsza praca, motywacja do działania, schudnięcie itp. Zadaniem coacha jest dowiedzenie się, czemu w zgubieniu 10 kilogramów nie pomógł do tej pory dietetyk i dlaczego mimo milionów monet na koncie Pani X nadal wkurza się na swojego męża tak samo, jak wtedy, kiedy spłacali kredyt we Frankach. Coach przekierowuje uwagę na ważniejszy problem i pokazuje, że przykładowo brak satysfakcji z pracy jest właśnie tą tajemniczą siłą, która przyciągała kalorie przez ostatnie cztery lata.
Drugi typ klientów to osoby, które do końca nie wiedzą z czym przychodzą, ale ogólnie chciałyby, żeby było lepiej. Zawsze mam wtedy przed oczami obraz z początku Dumy i uprzedzenia Jane Austen, kiedy zderzają się dwie siły. Zadumana panna pełna wzniosłych ideałów i pięknych marzeń pochyla swą piękną, wiktoriańską główkę nad jakąś wspaniałą powieścią a jej rzeczowa i pragmatyczna matka przeciera ten piękny obrazek szmatką nakazując wzięcie się do roboty miast marzyć tak bez sensu. Tak trochę jest z tymi wszystkimi, którzy chcą poprawy jakości życia. Słyszą na co dzień, że generalnie nie mają na co narzekać, więc niechby spojrzeli jak innym jest gorzej to od razu docenią jakość swojego życia. Nic bardziej mylnego. Coach ma tu za zadanie odciąć ich od subiektywnej oceny innych i skierować uwagę na te obszary życia, w których czai się niepokojąca dysproporcja, co to klienta przygnała na pierwszą sesję. Coach ma bowiem posiadać świadomość, że każdy jest kubeczkiem o innej objętości. W kubku ze średnią kawą mieści się 250 ml płynu. Jak tą samą objętość przelejemy do dużego kubka to zostanie nam jeszcze 150 ml na mleko. To co wystarczy do życia sąsiadce dla kogoś może być niewystarczające i odwrotnie. Dlatego właśnie jedni zamawiają americano a inni latte – oboje są szczęśliwi. A coach te kawy wydaje jak zawodowy barista.
Trzeci klient to korpo. Albo firma zwana też przedsiębiorstwem. Coach wchodzi do takiego miejsca nie tylko po to by odbębnić kilka godzin szkolenia o tym jak pięknie wszyscy będą się teraz ze sobą dogadywać. Jego zadanie to towarzyska szermierka, czyli manewrowanie między celami grupy, którą coachuje, celami szefa tej grupy (wskaźniki, efekty, jakość itp.) i celami tego, kto płaci (szef wszystkich szefów, który pewnie uważa, że coaching to pic na wodę i szarlateneria). A efekt? Cóż, po burzy zawsze przychodzi słońce. To trudna sprawa, te wszystkie team coachingi. Życia nie zmienią, bo i jak? Skłócą czasem wszystkich mocno, innym razem przyniosą katharsis a mogą też część osób solidnie zanudzić. Połowa nie będzie chciała tam siedzieć, druga połowa będzie się krępować, że chce. Uwielbiam dynamikę takich grup i to, że trzeba im po prostu pokazać jacy wspólnie są wspaniali, silni i jak fajnie się z nimi pracuje.
Po co więc jest coaching? Wiem po co był mnie potrzebny. I cieszę się jak dziecko, kiedy moi klienci też wiedzą po co on jest (czy był). A po co jest tobie? Jaką kawę ty pijesz o poranku? Cappucino, latte, americano, espresso, a może herbatę?
Pozdrawiam,
Olga


Skomentuj