Macie tak, że kiedy siadacie za kierownicą, oczywiście spóźnieni (to ja), albo zupełnie na czas (większość) to zachowujecie się zupełnie jakbyście urwali się z uniwersum DC Comics (Marvel psycho fan here!)? Przekleństwa wylatują wtedy z ust kompusywnym potokiem a czterolatka na tylnym siedzeniu spokojnie pyta: „Mamo, co to znaczy moron?”
Bo to przecież oczywiste, że połowie z tych kierowców trzeba po prostu odebrać prawo jazdy. A drugą połowę odesłać na kurs. Czasem zdarzy jeszcze leniwa ekipa drogowców, który z pietyzmem ustawiają kolejne oznaczenie o zwężeniu. Zupełnie jakby nie mogli tego zrobić o 10, kiedy nikt nie gna na złamanie karku do roboty. Druga zmiana nigdy nie jest przecież tak nerwowa jak pierwsza – ci pracujący od 8 (a co niektórzy od 7:30) to przecież franklinizm (od Benjamina Franklina) w czystej postaci trzymający finansową piramidę kraju u podstaw. Muszą być w robocie punkt.
Można się tak nakręcać (bo w sumie co robić za kółkiem, jak nie kręcić właśnie), ale zużywa to za dużo naszej cennej energii. Trzeba potem ratować się węglowodanami i cukrami, żeby organizm dzielnie ruszył do boju, jak już znajdzie się za firmowym biurkiem. Co więc zrobić, żeby to całe wariatkowo na kółkach nie miało wpływu na nas, spokojnych i zrównoważonych kierowców (taaa, jasne)?
Proponuję auto-coaching.
Napiszę od razu – żaden tam kwiat lotosu na spokojnej tafli jeziora, nic z tych rzeczy. Ćwiczenia oddechowe też nie. W końcu jakby się tak człowiek dotlenił porządnie grzybami z klimatyzacji to nie wiadomo, jakby się ta podróż skończyła.
Mamy taką tendencję, my – gatunek ludzki (udowodniono naukowo), by sobie upraszczać. I na drodze widać to wprost modelowo: co za kretyn, nie umie jeździć, kto mu dał prawo jazdy. To heurystyka wydawania sądów o rzeczywistości, taki automat poznawczy, który każe nam założyć, że z kierowcą jest po prostu coś nie tak. Alternatywne tłumaczenie wymagałoby przesterowania naszego mózgu na pozytywne postrzeganie świata, a tego przecież nie chcemy – bo to trudne. A dla Polaków już w szczególności. Jedziemy zatem na tym dodatkowym biegu drogowego krytycyzmu i oceniamy ile wlezie. W życiu by nam do głowy nie przyszło, żeby sobie to jakoś wytłumaczyć. A tłumaczeń całe multum – trzeba tylko sięgnąć do zasobów własnej kreatywności:
„Co za tłok na drodze dzisiaj, na pewno nie każdy się w tym dobrze odnajduje”
„Ci co nie zjedli rano śniadania są chyba bardziej nerwowi”
„Ale się spieszy, pewnie ma ważne spotkanie”
„No tak, jeśli się tak pokłóciła z mężem jak ja wczoraj to się nie dziwię, że jej się gorzej autem jedzie”
„A może po prostu nie ma kasy na benzynę i jedzie wolniej? Faktycznie podrożało trochę”
„Starszy człowiek, fajnie, że mimo ograniczeń dalej dobrze sobie radzi na drodze”
i moje ulubione:
„Nie wszyscy jeżdżą tak jak ja” A.K.A. „Nie wszyscy spieszą się dziś do pracy”
Co nam da taka zmiana założeń? Mózg stymulowany pozytywnie oznacza mniej kortyzolu dla organizmu. Wkurzamy się na ruch drogowy i korki bo absolutnie nie mamy na to wpływu. A bezsilność potrafi wyprowadzić z równowagi prawie tak dobrze jak dwuletnie dziecko 😉 . Zmiana założeń poznawczych da nam poczucie pływu, większą kontrolę nad sytuacją. A to oznacza mniej kortyzolu (hormon stresu), więcej spokoju i hormonu radości (serotonina), a co za tym idzie – mniej kompulsywnego objadania się (ja), lepszy humor, pogoda ducha, mniej zmarszczek (drogie panie – optymizm tańszy niż botoks), większa efektywność w pracy, mniej konfliktów i spokojnie pita kawa pita po przyjeździe do pracy. Bo nawet, jeśli się spóźnimy, to przynajmniej dojedziemy w dobrym nastroju. Choć dzisiaj, w piątek, i tak dojedziemy w dobrym nastroju. Weekend w końcu.
Pozdrawiam,
O.


Skomentuj